Pohl Frederic - Gateway Spotkanie Z Heechami - Czy istnieje �ycie po �mierci


    A gwiazdy �eglowa�y sobie dalej. Zupe�nie si� nie przejmowa�y tym, co si� dzieje z pewnym dwunog�, bia�kow� inteligentn� - hm, p�inteligentn� istot�, �yw� tylko z tego powodu, �e to akurat by�em ja. Zawsze podpisywa�em si� pod egocentrycznym pojmowaniem kosmologii. Ja tkwi� w �rodku, a wszystko ustawia si� po jednej albo drugiej stronie; ja jestem "normalny"; "istotne" jest to, co znajduje si� blisko mnie; "wa�ne" jest to, co ja postrzegam jako wa�ne. W�a�nie taki pogl�d przejawia�em - ale do wszech�wiata si� to nie odnosi. On kr�ci� si� dalej, jakby to nie mia�o �adnego znaczenia.
    Prawda by�a taka, �e ja sam dla siebie nie mia�em wi�kszego znaczenia, bo by�em poza tym wszystkim. Par� tysi�cy lat �wietlnych od nas, na Ziemi, genera� Manzbergen �ciga� kolejn� band� terroryst�w, kt�ra porwa�a wahad�owiec startowy, a komisarz z�apa� cz�owieka, kt�ry do mnie strzela�; nie wiedzia�em o tym, a gdybym wiedzia�, to by mnie to nie obesz�o. Znacznie bli�ej, ale r�wnie daleko od nas, jak Antares jest odleg�y od Ziemi, Gelle-Klara Moynlin pr�bowa�a uchwyci� jaki� sens w tym, co m�wi� do niej Heechowie; o tym te� nie wiedzia�em. Za� bardzo, bardzo blisko moja �ona Essie pr�bowa�a zrobi� co�, czego jeszcze nigdy nie robi�a, cho� to ona wynalaz�a ten proces, z pomoc� Alberta, kt�ry mia� ca�� procedur� w swoich bazach danych, ale nie mia� r�k, kt�rymi m�g�by j� przeprowadzi�. Ten przypadek akurat bardzo by mnie obchodzi� gdybym tylko wiedzia� co robi�.
    Ale oczywi�cie nie wiedzia�em, bo by�em martwy.
    Cho� d�ugo w tym stanie nie pozosta�em.
    Kiedy by�em ma�ym ch�opcem, matka czyta�a mi r�ne historie. W�r�d nich by�a jedna o cz�owieku, kt�remu w jaki� spos�b pozamieniano zmys�y podczas operacji m�zgu. Nie pami�tam ju�, kto j� napisa�, Verne czy Wells, jeden z wielkich pisarzy Z�otej Ery, kto� tam. Pami�tam g��wnie puent�. Cz�owiek po operacji widzi d�wi�ki, s�yszy dotyk, a na ko�cu opowie�ci pyta: jak pachnie purpura?
    Tak� histori� mi opowiedziano, kiedy by�em ma�ym ch�opcem. Teraz jestem du�y. I to ju� nie jest historia.
    To koszmar.
    Atakowa�y mnie wra�enia sensoryczne, a ja nie potrafi�em ich odr�ni�! Nie potrafi� ich teraz opisa�, przynajmniej lepiej, ni� potrafi� opisa�... smerglicz. Wiecie, co to jest smerglicz? Nie? Ja te� nie, bo w�a�nie to s�owo wymy�li�em. To tylko s�owo. Nie ma �adnego znaczenia dop�ki mu si� jakiego� nie nada i tak samo nie mia� go �adne z kolor�w, d�wi�k�w, nacisk�w, dreszczy, szarpni��, sw�dze�, skr�ce�, oparze�, t�sknot -miliard jednostek kwantowych wra�e�, kt�re atakowa�y moje nagie, bezbronne ja. Nie wiedzia�em, co oznacza�y. Ani czym by�y. Ani czy by�y gro�ne. Nie wiedzia�em nawet, jak je por�wna�. Mo�e przyj�cie na �wiat jest czym� podobnym. Ale w�tpi� w to. Wielu z nas chyba nie przetrwa�oby, gdyby tak by�o.
    Ale ja przetrwa�em.
    Przetrwa�em tylko z jednego powodu. Nie mog�em nie przetrwa�. Najstarsza zasada w ksi��ce: nie mo�na zrobi� dziecka ci�arnej kobiecie i nie mo�na zabi� kogo�, kto jest martwy.
    Czujecie bluesa?
    Spr�bujcie to sobie wyobrazi�. Obdzierany ze sk�ry. Atakowany. A przede wszystkim - �wiadomy tego, �e nie �yje.
    Po�r�d historii czytanych mi przez moj� matk� by�o Piek�o Dantego i czasami si� zastanawiam, czy Dante mia� jakie� przeczucie tego, co si� ze mn� stanie. Bo je�li nie, sk�d wzi��by opis piek�a?
    Nie mam poj�cia, jak d�ugo to trwa�o, ale wydawa�o mi si�, �e ca�� wieczno��.
    Potem wszystko zacz�o cichn��. Ostre �wiat�a oddali�y si� i przygas�y. Przera�aj�ce odg�osy ucich�y, wszystkie sw�dzenia, naciski i zawirowania usta�y.
    Przez d�u�szy czas w og�le nic si� nie dzia�o; przypomina�o to ten przera�aj�cy moment w jaskiniach w Karlsbadzie, kiedy wy��czaj� �wiat�o, �eby pokaza�, co to znaczy, �e jest ciemno. Nie by�o �wiat�a. Nie by�o niczego poza odleg�ym, pomieszanym mruczeniem, kt�re mog�o by� kr��eniem krwi wok� m�oteczka i kowade�ka w moim uchu.
    Gdybym mia� uszy.
    I wreszcie mruczenie zacz�o przypomina� g�os i z bardzo daleka dosz�y do mnie s�owa wypowiedziane g�osem Alberta Einsteina:
    - Robin?
    Pr�bowa�em sobie przypomnie�, jak si� m�wi.
    - Tak - odkrzykn��em, sam nie wiem jak. - Tu jestem! - zupe�nie jakbym wiedzia�, gdzie.
    D�uga przerwa. Potem zn�w zabrzmia� g�os Alberta, nadal cichy, ale rozlega� si� bli�ej.
    - Robinie - powiedzia�, rozdzielaj�c uwa�nie s�owa, jakby m�wi� do ma�ego dziecka. - Robinie, pos�uchaj. Jeste� bezpieczny.
    - Co to znaczy bezpieczny?
    - Jeste� bezpieczny - powt�rzy�. - Za�o�y�em ci blokad�. Nie odpowiedzia�em. Nie mia�em mu nic do powiedzenia.
    - Teraz b�d� ci� uczy�, Robinie - rzek� - krok po kroku. B�d� cierpliwy, Robinie. Zaraz b�dziesz m�g� widzie�, s�ysze� i rozumie�.
    Cierpliwy? Nie umia�em by� cierpliwy. Tylko �e nie pozostawa�o mi nic innego, jak czeka�, kiedy on mnie uczy�. Ufa�em staremu Albertowi nawet wtedy. Uwierzy�em mu na s�owo, �e potrafi nauczy� g�uchych s�ysze� a �lepych widzie�.
    Ale czy da�o si� nauczy� martwych, jak si� �yje?
    Nie chcia�bym szczeg�lnie jeszcze raz prze�ywa� tej kolejnej ma�ej wieczno�ci. Wed�ug czasu Alberta i czasu cezowych zegar�w, kt�re zgrywa�y ze sob� ludzkie grupy z ca�ej Galaktyki zaj�o to - jak m�wi - troch� ponad osiemdziesi�t cztery godziny. Jego czasu. Nie mojego. Wed�ug mojego czasu to nie mia�o ko�ca.
    Cho� dobrze wszystko pami�tam, niekt�re rzeczy wydaj� mi si� do�� odleg�e. Nie z powodu niemo�no�ci. Z powodu pragnienia, a tak�e poczucia pr�dko�ci. Pozw�lcie, �e wyja�ni�. Szybka wymiana bit�w i bajt�w w rdzeniu bazy danych przebiega znacznie szybciej ni� organiczne �ycie, kt�re za sob� pozostawi�em. Powoduje to zamazanie przesz�o�ci warstwami nowych danych. A wiecie, to bardzo dobrze, bo im bardziej odleg�e wydaje mi si� to straszne przej�cie od mojego "teraz", tym lepiej.
    Je�li nie mam wielkich ch�ci na odtworzenie niekt�rych wczesnych partii tych danych, pierwsza cz��, kt�rej jednak si� przyjrz�, jest naprawd� du�a. Jak du�a? Bardzo du�a.
    Albert m�wi, �e antropomorfizuj�. Pewnie tak. Co to szkodzi? Wi�kszo�� �ycia sp�dzi�em w kszta�cie antropomorficznym, a stare nawyki trudno wypleni�. Kiedy wi�c Albert ustabilizowa� mnie i zosta�em - w�a�ciwym s�owem b�dzie tu chyba "poszerzony" - zwizualizowa�em siebie jako istot� ludzk�. Zak�adaj�c oczywi�cie, �e istota ludzka by�aby wi�ksza ni� galaktyki, starsza ni� gwiazdy i m�dra m�dro�ci� miliard�w ludzi. Postrzega�em Gromad� Lokaln� - nasz� galaktyk� i jej najbli�sze s�siadki - jako ma�� bry�k� we wrz�cym morzu energii i masy. Widzia�em wszystko. Ale patrzy�em na nasz dom, na ojczyst� galaktyk� i obok niej M-31 z siedz�cymi blisko Ob�okami Magellana i wszystkimi innymi ma�ymi chmurami, mg�awicami, p�czkami, k�aczkami gazowych pasm i �wiat�a gwiazd. A ja - i to jest w�a�nie antropomorficzne - mog�em si�gn��, �eby ich dotkn��, wzi�� w d�onie i przebiera� w nich palcami jakbym by� Bogiem.
    Nie by�em naprawd� Bogiem, nie mia�em te� na tyle boskiej mocy, �eby naprawd� dotyka� galaktyk. Niczego nie mog�em dotkn��, bo nie by�o nic do dotykania. To by�o z�udzenie optyczne, jak Albert zapalaj�cy swoj� fajk�. Nic tam nie by�o. Ani Alberta, ani fajki.
    Ani mnie. Nie naprawd�. Nie by�em skutecznie podobny Bogom, gdy� nie istnia�em w spos�b materialny. Nie mog�em stworzy� nieba i ziemi ani ich zniszczy�. Nie mog�em fizycznie wp�ywa� nawet na najmniejsz� ich cz��.
    Mog�em wszak wspaniale je obserwowa�. Z zewn�trz albo od wewn�trz. Mog�em sta� w �rodku naszego macierzystego uk�adu i widzie�, patrz�c przez nowe receptory na miliony i tryliony innych grup i galaktyk rozci�gaj�cych sw� nakrapian� pot�g� do optycznych kra�c�w wszech�wiata, gdzie uciekaj�ce skupiska gwiazd p�dz� tak szybko, �e �wiat�o nie mo�e wr�ci� z ich obrazem... a poza tym cho� to, co m�g�by zobaczy� poza granic� optyczn� nie r�ni si� a� tak bardzo - jak twierdzi Albert - od hipotez w bankach danych Heech�w, po kt�rych si� obija�em.
    Gdy�, oczywi�cie, to w�a�nie by�o to. Stary Robin nie po�kn�� nagle kosmosu. To tylko malutkie resztki Robinette'a Broadheada, kt�ry w tym momencie by� jedynie zbitk� powi�zanych bit�w pami�ci unosz�cych si� w morzu bank�w danych w bibliotece Prawdziwej Mi�o�ci.
    Jaki� g�os wdar� si� w m�j pot�ny i wieczny sen: to g�os Alberta.
    - Robin, dobrze si� czujesz? Nie chcia�em go ok�amywa�.
    - Nie. Nie za bardzo.
    - Poprawi ci si�, Robinie.
    - Mam nadziej� - odpar�em. - ... Albercie?
    - Tak?
    - Ju� nie mam do ciebie pretensji, �e zwariowa�e� - rzek�em - je�li w�a�nie przez co� takiego musia�e� przej��.
    Chwila ciszy, a potem niewyra�ne echo chichotania.
    - Robinie - powiedzia� - jeszcze nie widzia�e� tego, co doprowadzi�o mnie do szale�stwa.
    Nie potrafi� powiedzie�, jak d�ugo to trwa�o. Nie wiem, czy poj�cie "czasu" cokolwiek znaczy�o, gdy� na poziomie elektronicznym, na kt�rym egzystowa�em, skala czasu nie odzwierciedla niczego "prawdziwego." Wiele czasu si� marnuje. Zapisana inteligencja elektroniczna nie dzia�a tak wydajnie jak maszynki, z kt�rymi si� urodzili�my; algorytm nie jest dobrym substytutem synapsy. Z drugiej strony, wszystko rozgrywa si� znacznie szybciej w krainie kwark�w, gdzie wyczuwaln� jednostk� jest femtosekunda. Gdyby zliczy� plusy i uwzgl�dni� minusy, mo�na powiedzie�, �e �y�em jakie� dziesi�� do dziesi�ciu tysi�cy razy szybciej ni� by�em przyzwyczajony.
    Rzecz jasna, s� obiektywne mierniki czasu rzeczywistego - przez kt�ry rozumiem czas pok�adowy Prawdziwej Mi�o�ci. Essie odlicza�a minuty bardzo starannie. Przygotowanie cia�a do do�� obrzydliwej wst�pnej metody sk�adowania w jej sieci firm "�ycie Po �yciu" zajmowa�o wiele godzin. Przygotowanie konkretnego sztywniaka, kt�rym przez przypadek by�em ja, do nieco lepszej metody sk�adowania, kt�r� przygotowa�a za pomoc� wachlarza, dok�adnie takiego, jak w�asny wachlarz Alberta, zaj�o znacznie wi�cej czasu. Kiedy ju� zako�czy�a swoje zadanie, usiad�a i czeka�a z drinkiem w d�oni - kt�rego nawet nie tkn�a - za� Audee, Janie i Dolly pr�bowali wci�ga� j� w rozmow�, czego nawet nie zauwa�a�a, cho� czasem udziela�a jakich� odpowiedzi, kt�rych tak�e nie s�yszeli. To nie by�a radosna impreza na pok�adzie Prawdziwej Mi�o�ci, kiedy tak siedzieli i czekali �eby sprawdzi�, czy cokolwiek zosta�o z Robinette'a Broadheada, a zaj�o to w sumie ponad trzy i p� dnia.
    Jak dla mnie, w tym �wiecie spin�w, powab�w, kolor�w i zakazanych orbit, do kt�rego mnie przerzucono, by�o to - no dobrze, nazwijmy to wieczno�ci�. Tak mi si� wydawa�o.
    - A teraz musisz si� nauczy� - poleci� Albert - jak sterowa� operacjami wej�cia i wyj�cia.
    - Och, super - odkrzykn��em z wdzi�czno�ci� - i to wszystko? Rany! Brzmi jak drobiazg! Westchnienie.
    - Ciesz� si�, �e zachowa�e� swoje poczucie humoru - powiedzia� i mia�em wra�enie, �e s�ysz�: "bo b�dziesz go diabelnie potrzebowa�". - Obawiam si�, �e musisz teraz troch� popracowa�. To nie jest dla mnie �atwe, �eby utrzymywa� ci� w stanie takiej hermetyzacji.
    - Herme-co?
    - Chronienia ci�, Robinie - rzek� z niecierpliwo�ci�.
    - Ograniczania twojego dost�pu, �eby� nie cierpia� z powodu zbytniego nat�oku informacji i dezorientacji.
    - Albercie - odpar�em - czy� ty oszala�? Widzia�em ca�y wszech�wiat!
    - Widzia�e� tylko to, do czego sam uzyska�em dost�p, Robinie. To nie wystarczy. Nie mog� ci ogranicza� dost�pu na zawsze. Musisz nauczy� si� robi� to sam. Wi�c teraz troch� opuszcz� ci barier�, je�li jeste� gotowy.
    Zebra�em si� w sobie.
    - Jestem got�w.
    Ale nie zebra�em si� w sobie wystarczaj�co. �wiergocz�ce, piszcz�ce, narzekaj�ce, nachalne g�osy zaatakowa�y mnie, zaatakowa�y te miejsca w nie-przestrzennej geometrii, o kt�rych nadal uparcie my�la�em jako o moich uszach. To by�a tortura. Czy by�o to a� tak tragiczne, jak pierwszy, nieos�oni�ty kontakt ze wszystkim na raz? Nie. To by�o co� gorszego. Wtedy jeszcze nie umia�em identyfikowa� ha�asu jako d�wi�ku, albo b�lu jako b�lu. A teraz umia�em. Kiedy mnie bola�o, wiedzia�em �e to b�l.
    - Albercie, prosz� - wrzasn��em. - Co to jest?
    - To tylko banki danych, do kt�rych masz dost�p, Robinie - rzek� koj�co. - Tylko wachlarze na pok�adzie Prawdziwej Mi�o�ci, plus telemetria, plus troch� danych z sensor�w statku i samej za�ogi.
    - Wy��cz to.
    - Nie mog�. - W jego g�osie zabrzmia�o prawdziwe wsp�czucie, cho� nie istnia� �aden g�os. - Ty to musisz zrobi�, Robinie. Musisz wybra�, z kt�rymi bankami danych chcesz si� ��czy�. Wybierz jeden z nich i zablokuj pozosta�e?
    - Co mam zrobi�? - j�kn��em, bardziej zdezorientowany ni� kiedykolwiek dot�d.
    - Wybierz jeden, Robinie - rzek� cierpliwie. - Niekt�re z nich to nasze w�asne banki danych, niekt�re to wachlarze Heech�w, niekt�re to inne rzeczy. Musisz si� nauczy�, jak si� z nimi sprz�ga�.
    - Sprz�ga�?
    - Zagl�da� do nich, Robinie. Jakby to by�y encyklopedie w bibliotece. Jakby to by�y ksi��ki na p�kach.
    - Ksi��ki nie krzycz� na ciebie! A te wszystkie wrzeszcz�!
    - Jasne. W taki spos�b ci si� objawiaj� - tak widzisz ksi��ki na p�ce. Ale zagl�dasz tylko do jednej wybranej. Jest jedna, kt�ra jak s�dz�, u�atwi ci zadanie. Sprawd�, czy potrafisz j� znale��.
    - Znale��? A jak si� szuka?
    Dobieg� mnie odg�os przypominaj�cy westchnienie.
    - Dobrze - rzek� - jest taki fortel, kt�ry mo�emy wypr�bowa�, Robinie. Nie mog� ci m�wi�: w g�r�, w d�, na boki, bo jeszcze nie wyrobi�e� sobie uk�adu odniesienia...
    - Masz cholern� racj�!
    - Tak. Ale jest taka stara sztuczka treser�w zwierz�t, kt�rej u�ywa si� do zmuszania zwierz�cia, by wykonywa�o skomplikowane manewry, kt�rych nie rozumie. By� sobie raz sztukmistrz, kt�ry zmusza� psa, �eby ten wszed� mi�dzy publiczno��, wybra� konkretn� osob�, zabra� jej jaki� przedmiot...
    - Albercie - b�aga�em - to nie jest dobry moment na opowiadanie mi d�ugich, zawi�ych anegdot!
    - Nie, to nie jest anegdota. To eksperyment psychologiczny. Dzia�a znakomicie w przypadku ps�w - nie wiem, czy kto� go kiedy� wypr�bowa� na doros�ym cz�owieku, ale zobaczymy. Pos�uchaj, co masz zrobi�. Zacznij porusza� si� w dowolnym kierunku. Je�li to dobry kierunek, powiem ci, �eby przemieszcza� si� dalej. Kiedy przestan� ci to m�wi�, przesta� to robi�. Zacznij si� rozgl�da�. Pr�buj robi� r�ne rzeczy. Je�li ta nowa rzecz, kt�r� robisz albo nowy kierunek, s� dobre, powiem ci, �eby� robi� tak dalej. Zdo�asz uczyni� co� takiego?
    - I dasz mi kawa�ek chleba kiedy ju� sko�cz�, tak Albercie? - spyta�em. Lekki chichot.
    - A przynajmniej jego elektroniczny odpowiednik, Robinie. A teraz, zacznij szuka�.
    Zacznij szuka�! Jak? Ale wypytywanie o to nie mia�o sensu, bo gdyby Albert by� w stanie powiedzie� mi s�owami "Jak", nie pr�bowywa�by sztuczki tresera ps�w. Zacz��em wi�c - co� robi�.
    Nie potrafi� dok�adnie powiedzie�, co robi�em. Mog� poda� wam jedynie analogi�. Kiedy by�em w szkole na zaj�ciach z nauk �cis�ych, pokazywali nam elektroencefalograf i t�umaczyli, jak nasze m�zgi generuj� fale alfa. Mo�liwe by�o, t�umaczyli, przyspieszenie i powi�kszenie fali - zwi�kszenie cz�stotliwo�ci i amplitudy - ale nie by�o sposobu wyt�umaczenia komu�, jak to zrobi�. Pr�bowali�my wszyscy po kolei, jeden dzieciak za drugim i ka�demu z nas rzeczywi�cie uda�o si� przyspieszy� sinusoid� na ekranie, ale w�r�d nas nie znalaz�yby si� dwie osoby, kt�re opisywa�yby identycznie spos�b, w jaki im si� to uda�o. Kto� m�wi�, �e wstrzyma� oddech; kto� inny zrobi� co� w rodzaju napi�cia mi�ni; inny pomy�la� o jedzeniu, a kto� jeszcze inny pr�bowa� ziewa� nie otwieraj�c ust. �adne z nich nie by�o prawdziwe, a wszystkie dzia�a�y. To, co teraz pr�bowa�em zrobi�, te� nie by�o prawdziwe, bo nie mia�o nic wsp�lnego z czymkolwiek realnym.
    Ale porusza�em si�. W jaki� spos�b si� porusza�em. I przez ca�y czas g�os Alberta powtarza�: - Nie. Nie. Nie. Nie, to nie to. Nie. Nie...
    A� nagle: - Tak! Robinie, tak, r�b tak dalej!
    - Robi� tak dalej!
    - Nie gadaj, Robinie. Tylko r�b tak dalej. Ruszaj si� dalej. Dalej i dalej - nie. St�j.
    - Nie.
    - Nie.
    - Nie.
    - Nie - tak! Dalej - nie - tak! Dalej - st�j! W�a�nie tu, Robinie. Tom, kt�ry masz otworzy�.
    - Tutaj? To co� tutaj? Ten g�os, kt�ry brzmi jak...
    Zatrzyma�em si�. Nie mog�em i�� dalej. Widzicie, przyj��em ju� do wiadomo�ci fakt, �e by�em martwy, �e by�em tylko chmur� elektron�w na wachlarzu, zdoln� do rozm�w z inteligencj� mechaniczn� albo innymi nie�ywymi osobami, takimi jak Albert.
    - Otw�rz ten tom! - poleci�. - Pozw�l jej m�wi�! Nie potrzebowa�a pozwolenia.
    - Witaj, Robin, najdro�szy - powiedzia� nie�ywy g�os mojej ukochanej �ony Essie - dziwny, pe�en napi�cia, ale nie mia�em w�tpliwo�ci, do kogo nale�y. - Niez�e to miejsce, w kt�rym teraz jeste�my, prawda?
    Nie wydaje mi si�, �eby cokolwiek, nawet odkrycie mojej w�asnej �mierci, by�o dla mnie takim strasznym szokiem, jak odnalezienie Essie po�r�d zmar�ych.
    - Essie - krzykn��em - co si� sta�o?
    Albert pojawi� si� natychmiast, zatroskany, szybki:
    - Nic jej nie jest, Robinie. Ona �yje.
    - Jak mo�e �y�! Ona jest tutaj!
    - Nie, m�j ch�opcze, tak naprawd� jej tu nie ma - wyja�ni� Albert. - Jej osobowo�� jest tutaj, bo cz�ciowo zachowa�a swoj� w ramach eksperymentu dla projektu "�ycie Po �mierci". Tak�e jako cz�� eksperyment�w, kt�re doprowadzi�y do powstania mnie w moim obecnym kszta�cie.
    - Ty �ajdaku, pozwoli�e� mi pomy�le�, �e ona nie �yje!
    Odezwa� si� �agodnie:
    - Robinie, musisz zwalczy� t� biologiczn� obsesj� krwi i ko�ci. Czy to naprawd� ma jakie� znaczenie, czy jej metabolizm dzia�a na poziomie organicznym, poza wersj�, kt�ra jest tu przechowywana? I wtedy wtr�ci�a si� dziwna Essie:
    - B�d� cierpliwy, kochany Robinie. B�d� spokojny. Wszystko b�dzie dobrze.
    - Bardzo w to w�tpi� - rzek�em gorzko.
    - Zaufaj mi, Robinie - szepn�a, - Pos�uchaj Alberta. On ci powie, co masz robi�.
    - Najtrudniejsz� cz�� mamy za sob� - pocieszy� mnie Albert. - Przyjmij moje przeprosiny za wszystkie niemi�e prze�ycia, kt�re przynios�y ci cierpienie, ale wydaje mi si�, �e by�y niezb�dne.
    - Wydaje ci si�.
    - Tak, Robinie, wydaje mi si�, gdy� nigdy czego� takiego jeszcze nie zrobiono i poruszali�my si� przewa�nie po omacku. Wiem, �e to by� dla ciebie szok, takie spotkanie z elektroniczn� pani� Broadhead, ale pomo�e ci to przygotowa� si� na spotkanie z jej cielesn� postaci�.
    Gdybym mia� cia�o, za pomoc� kt�rego m�g�bym to zrobi�, spr�bowa�by przywali� mu w mord� - gdyby tylko Albert mia� jak�� mord�, w kt�r� mo�na by mu przywali�.
    - Jeste� bardziej stukni�ty ni� ja - j�kn��em. S�abe echo chichotu.
    - Nie jestem bardziej stukni�ty, Robinie. Tylko r�wnie stukni�ty. B�dziesz m�g� z ni� porozmawia� i zobaczy�, tak samo jak wtedy, gdy jeszcze �y�e�. Obiecuj� ci to, Robinie. Uda si� - tak mi si� wydaje.
    - Nie mog�! Cisza.
    - To nie jest �atwe - przyzna�. - Ale zastan�w si�. Ja to potrafi�. Chyba nie my�lisz, �e nie poradzisz sobie z tym r�wnie dobrze, co taki prosty program komputerowy jak ja?
    - Nie nabijaj si� ze mnie, Albert! Rozumiem, co do mnie m�wisz. Wydaje ci si�, �e mog� wy�wietli� si� jako hologram i porozumiewa� si� w czasie rzeczywistym z �ywymi osobami; ale nie wiem jak!
    - Nie, jeszcze nie, Robinie, gdy� te podprogramy jeszcze nie istniej� w twoim kodzie. Ale mog� ci� nauczy�. Zostaniesz wy�wietlony. By� mo�e nie z takim naturalnym wdzi�kiem i zgrabno�ci�, jak w moim przypadku - pochwali� si� - ale b�dzie mo�na ci� rozpozna�. Jeste� gotowy na rozpocz�cie nauki?
    A g�os Essie, czy raczej g�os, kt�ry by� tylko jego kiepsk� kopi�, wyszepta�:
    - Prosz�, zr�b to Robinie, bo czekam na ciebie z niecierpliwo�ci�.
    Jakim� wysi�kiem jest przyj�cie na �wiat! To straszny wysi�ek dla noworodka i jeszcze wi�kszy dla pomagaj�cych mu, kt�rzy co prawda tego nie do�wiadczaj�, ale musz� wys�uchiwa� jego nieko�cz�cych si� �al�w.
    A by�y one nieko�cz�ce si�, cho� ponagla�y mnie nieprzerwane zach�ty moich akuszerek.
    - Potrafisz to zrobi� - obiecywa�a kopia Essie stoj�ca z jednej strony (wyobra�my sobie przez chwil�, �e mia�em jak�� "stron�"), "to �atwiejsze ni� my�lisz" - potwierdza� g�os Alberta z drugiej. Nie by�o dw�ch innych os�b w ca�ym wszech�wiecie, kt�rych s�owo przyj��bym z wi�kszym zaufaniem ni� ich. Ale zu�y�em ju� ca�� moj� ufno��; nie zosta�o jej ani troch�, a ja si� ba�em. �atwe? To by�o absurdalne.
    By�o tak, gdy� widzia�em kabin� w spos�b, w jaki widzia� j� Albert. Nie mia�em perspektywy, jak� dawa�a para oczu, kt�re mo�na na czym� skoncentrowa� i para uszu lokalizuj�ca dany punkt w przestrzeni. Widzia�em i s�ysza�em wszystko na raz. Dawno temu pewien stary malarz, Picasso, malowa� w�a�nie takie obrazy, na kt�rych wszystkie kawa�ki by�y losowo porozrzucane. By�y tam wszystkie, ale porozrzucane i w losowym porz�dku tak, �e nie by�o jakiej� rozpoznawalnej formy dominuj�cej, ale chaotyczna mozaika z kawa�k�w. Chodzi�em z Essie po Tate Gallery i Metropolitan Museum �eby obejrze� takie obrazy i nawet znalaz�em jak�� przyjemno�� w ich ogl�daniu. By�y do�� zabawne. Ale ogl�danie prawdziwego �wiata, pokawa�kowanego w ten spos�b, jak cz�ci na stole monta�owym - to wcale nie by�o zabawne.
    - Pomog� ci, Robinie - wyszepta� analog Essie. - Widzisz mnie tam, Robinie? Jak �pi� w wielkim ��ku? By�am na nogach przez par� dni, Robinie, wlewaj�c twoj� star� materi� organiczn� do nowej wachlarzowej butelki i teraz jestem ca�kiem wyko�czona, ale - widzisz - w�a�nie poruszy�am r�k�, �eby podrapa� si� w nos. Widzisz moj� r�k�? Widzisz nos? Rozpoznajesz je?
    Duch zachichota� nagle.
    - Oczywi�cie, �e rozpoznajesz, Robinie, bo to jestem ca�a ja.



Strona g��wna     Indeks